1939: Uciekinierka

Sowiecki posterunek graniczny na moście kolejowym w Przemyślu ok. 1940 r. Źródło: fotopolska.eu

W trzydziestym dziewiątym roku w sierpniu była już napięta sytuacja. Ja miałam zapłacony pobyt miesięczny na kolonii nad jeziorem Narocz na Wileńszczyźnie. Mietek to załatwił i miałam, jako uczestniczka tej kolonii, zwiedzić Wilno i zobaczyć Matkę Boską Ostrobramską. Tuż przed końcem lipca ukazało się w gimnazjum ogłoszenie, żeby wszyscy przyszli uczestnicy kolonii zgłosili się po odbiór pieniędzy, bo kolonia się nie odbędzie. Więc poszłam i odebrałam te pieniądze.

W ogóle atmosfera była taka dość naprężona. Słyszałam, że Janka z mamą i z dzieckiem jadą razem z Rodziną Wojskową autobusami, wyjeżdżać będą z Wadowic na wypadek wojny. Pakowaliśmy się – to co najbardziej potrzebne zostało spakowane w mieszkaniu. Stefan i Mietek (Mietek był od pół roku żonaty) postanowili obydwaj razem uciekać, gdyby coś takiego zaistniało. Całe wakacje Stefan ze mną przebywał. Mogę powiedzieć, że nie wyobrażam sobie, gdyby jego nie było. Janka wtedy urodziła w lipcu syna Wieśka1)Wiesław Mróz urodził się 8 lipca 1939 r., mama była zupełnie zajęta nią, Mietek przechodził w Krakowie ciężką operację na migdałki. Operował go – sława ówczesna polska – profesor Miodoński2)Profesor Jan Miodoński kierował Kliniką Otolaryngologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w latach 1934-63, z przerwą okupacyjną, w czasie której był więziony w obozie Sachsenhausen, gdzie zesłano go w ramach akcji „Sonderaktion Krakau”. – ale coś w siódmym czy ósmym dniu w szpitalu Mietek dostał takiego krwotoku, że go nie mogli zratować i ratował go kuzyn jego, lekarz Kaziu Kotlarczyk3)Kazimierz Jan Kotlarczyk (1908 – 1939), kuzyn 2 st. Marii z kęckiej linii Kotlarczyków. Zaraził się od pacjenta (wg przekazu – szkarlatyną) tuż po wybuchu II wojny światowej., który tam, na tej klinice pracował. Zresztą przed laty – ja mam takie wspomnienie – gdy ojciec umarł i był pogrzeb, ja byłam taka strasznie mała przecież jeszcze4) Stefan Kotlarczyk ur. w 1874 r., zmarł w 1931 r., Maria miała wtedy 6 lat., on szedł ze mną w tym całym kondukcie i karmił mnie co chwilę czekoladą, żeby mnie uspakajać. Śmieszne i zarazem przykre.

Wracając do dalszych spraw… Całe wakacje chodziliśmy ze Stefkiem nad Skawę albo na Łysą Górę albo na Leskowcu byliśmy kilka razy. On nie mógł też usiedzieć na miejscu, poza tym był zapalonym grzybiarzem, w sierpniu już grzyby były, pojawiły się. Tośmy przy okazji razem chodzili… bo nikt się nie mógł mną zająć. Mama była zupełnie zajęta tylko dzieckiem i Janką.

Pierwszego września przyszedł do nas Jasiek Mróz na obiad. Jak dziś pamiętam – z rozkazem, że się ma stawić w pułku5)Chodzi o stacjonujący w Wadowicach 12 Pułk Piechoty Ziemi Wadowickiej. Jan Mróz służył w nim w randze kapitana. W czasie kampanii wrześniowej dostał się do niewoli niemieckiej.. Stawił się – na okres do czterdziestego piątego roku go nie było. My czekamy, co będzie dalej.

Synagoga w Wadowicach wybudowana w latach 1885-1889, pocz. XX w. Źródło: http://wadowice.archiwa.org/
Synagoga w Wadowicach wybudowana w latach 1885-1889, pocz. XX w. Źródło: http://wadowice.archiwa.org/

W tym czasie Żydzi, mieszkający w pierwszej części naszej ulicy, koło synagogi, zaczęli się coraz bardziej bać. Wiem, że nawet przyszło dwóch w delegacji do mamy, z zapytaniem czy by mama nie przyjęła jakichś ich rzeczy na przechowanie, bo boją się, że jak Niemcy by weszli, to im to zabiorą, nie mówiąc już o nich samych. Mama absolutnie nie zgodziła się na nic. Zresztą do mamy zwrócił się też bogaty Żyd, który w rynku miał wspaniały sklep z materiałami i tak dalej, nazywał się Zimmer. Tam chłopaki kupowali materiały na futra, materiały na ubrania itd., więc oni znali naszą rodzinę. Ale mama nie przyjęła, też nie zgodziła się, zresztą jak mogła to zrobić, jak miała uciekać z nami na wypadek wojny, razem z Rodziną Wojskową.

Żołnierz przed budynkiem koszar austriackich przy ul. Lwowskiej. Wadowice pocz. XX w. Źródło: http://wadowice.archiwa.org/
Żołnierz przed budynkiem koszar austriackich przy ul. Lwowskiej. Wadowice pocz. XX w. Źródło: http://wadowice.archiwa.org/

Wieczorem przybiegł Tadziu, przerażony, że Janusza z Ireną odstawił do jej siostry do Jaszczurowej, a on sam będzie uciekał i trzeba się gdzieś usunąć z Wadowic i co to jest, że my nie wiemy, mieszkając na Barskiej, że Rodzina Wojskowa już załadowana jest do autobusów. To była gdzieś godzina jedenasta. Ze Stefkiem poszliśmy razem, tylko w tej chwili nie wiem, czy to było pierwszego, czy to było drugiego wieczorem6)Z dalszej relacji wynika, że drugiego września.. Wtedy widzieliśmy ten potworny odwrót wojska naszego. Ciemno, tylko stukały buty żołnierskie i te całe armatki i tak dalej… wszystko cofało się w kierunku Krakowa od Bielska, tą ulicą główną. Okropnie było. Podeszliśmy tam pod koszary7)Koszary 12pp mieściły się przy ulicy 3 Maja (ob. Lwowska 40) w Wadowicach., bo tam stały te autobusy, no i czym prędzej wracaliśmy z powrotem ze Stefkiem, żeby całe pinkle wziąć zapakowane, wsadzić mamę i dziecko i oczywiście mnie do autobusu.

Wyjechaliśmy późno w nocy. Dojechaliśmy do Krakowa, powiedzmy że to było drugiego na trzeciego, kiedy były Wadowice zajęte przez Niemców, bo myśmy wyjeżdżali w nocy, a rano wkroczyli Niemcy. Czy to było drugiego, czy to było trzeciego? Zdaje mi się, że trzeciego wkroczyli Niemcy8)Do zweryfikowania: w materiałach źródłowych podawane są dwie daty: 3 lub 4 września rano., więc to chyba było drugiego, bo myśmy parę godzin przed tym z Wadowic odeszli. Przyjechaliśmy do Krakowa, tam nam w jakimś miejscu kazali czekać, że rzekomo nastąpi nalot, ale nie było nic. Potem wsiedliśmy z powrotem do tych autobusów, a żeby było jeszcze lepiej, to autobusy były pomalowane na żółto i czerwono, chyba żeby bardziej były widoczne z samolotu. Zajechaliśmy do Sędziszowa9)Sędziszów Małopolski pomiędzy Dębicą i Rzeszowem..

Ratusz w Sędziszowie Małopolskim, 1906 r. Źródło: http://sedziszow_malopolski.fotopolska.eu
Ratusz w Sędziszowie Małopolskim, 1906 r. Źródło: http://sedziszow_malopolski.fotopolska.eu

W Sędziszowie okazało się, że (co dla mnie było straszną, po prostu wręcz tragedią) jacyś ludzie dorośli, którzy jechali tym autobusem, w ogóle ich nie znałam, wzięli mnie i odłączyli od mamy i od Janki. One dostały kwaterę, to było na rynku, w ratuszu chyba. Na górze był taki pokój, szczytowe akurat miejsce bardzo bezpieczne, i tam dali go im… ale już mnie nie. A mnie kazali iść na słomę razem z resztą ludzi do takiego budynku jakby Sokoła w Sędziszowie. Oczywiście anim nie spała ani nic, rano poszłam do nich, dowiedziałam się, że mały jest chory na ucho i że trzeba iść do apteki jakieś lekarstwo (nie wiem, olejek kamforowy czy coś takiego) kupić, bo dziecko krzyczy, bo go boli. Taki maluch – miał trzy tygodnie i miesiąc, jak się wojna zaczęła, czyli miał blisko dwa miesiące. Urodził się ósmego [lipca], bo Janka sobie wymarzyła, że będzie dziewczynka i że nazwie ją Elżunia. I żeby było lepiej, urodził się w Elżbietę. To się w głowie nie mieści, jakie są przypadki. Trzeba iść do apteki. Poszłam do tej apteki, taki już starszy gość, aptekarz, sprzedał mi, co tam miało być, ale w tym momencie jest nalot i samolot nad apteką lata niemiecki [samolot]. Wszystkich jeszcze, kto tam był i miał coś załatwić, pan aptekarz wywalił na pole, nie patrząc, że nie mają gdzie się podziać.  A byliśmy bardzo dobrym punktem do postrzelania nas. Z duszą na ramieniu wróciłam do nich z tym lekarstwem.

Potem jechaliśmy dalej. Potem przeszliśmy na furmanki, aż do Przemyśla żeśmy jechali na furmankach. Po drodze widzieliśmy jak tamtejsze cukrownie się paliły, w Przeworsku i jeszcze gdzieś. Nie wiem, czy to Jarosław był10)Być może, w Jarosławiu znajdowały się Zakłady Cukrownicze.? Przyjechaliśmy do Przemyśla. Żeby było lepiej, pod Przemyślem, nie w samym Przemyślu, był taki las i tam była cała polska artyleria przeciwlotnicza. To nie mieli durnie gdzie nas dać na parę godzin, tylko do tego lasu. To sobie możesz wyobrazić, że gdyby się pokazały niemieckie samoloty, toby próbowali nasi strzelać. A efekt byłby taki, że byłaby marmolada z ludzi wszystkich, którzy w tym lesie musieli stacjonować. Szkoda gadać. Albo było to zrobione celowo przez będących stamtąd jakichś ludzi na usługach szwabskich.

Lwów, ul. Grodecka 1915 r. Źródło: https://polona.pl
Lwów, ul. Grodecka 1915 r. Źródło: https://polona.pl

Myśmy znowu wsiedli do autobusu. Jeszcze tam było po drodze jakieś zadupie, gdzieś koło stacji leżące, nieprzyjemne bardzo. Zajechaliśmy do Lwowa, bez przerwy. To była coś druga godzina w nocy. Wtedy kazali nam wysiąść… wszystko robione było wspaniale… Zaprowadzili nas do takich piwnic olbrzymich. To była ulica Grodecka we Lwowie. Oczywiście w tych piwnicach siedziało już dużo ludzi, przy jakichś świeczkach czy przy czymś takim, bo to była noc. Pocieszali, że jeszcze nie było dotąd żadnego bombardowania Lwowa. Przeczekaliśmy ten moment, że to były tylko zwiadowcze jakieś obserwacje przez samoloty.

Winniki k. Lwowa. Żródło: http://wikimapia.org
Winniki k. Lwowa. Żródło: http://wikimapia.org

Potem wyjechaliśmy do Winnik11)Winniki – miasteczko położone na południowy wschód od Lwowa, w odległości ok. 10 km od jego centrum. pod Lwowem, to coś osiem kilometrów od Lwowa, to było za taką górą. Myśmy dostali kwaterę prywatną. Jak się ta pani nazywała? Nie pamiętam. Zgłupieliśmy, bo nas wprowadzili do pokoju z ekstra pierzynami, z czyściusieńkimi obleczeniami i tak dalej. Po tych poprzednich noclegach, tak jak ja po tej słomie, przez te coś dwie noce, to było coś niesamowitego Jeszcze nas jakąś herbatą poczęstowali, ale długo to nie trwało.

Bośmy może tam zajechali, ja wiem, była godzina gdzieś po drugiej w nocy, ledwieśmy usnęli, jak nad ranem koło piątej budzą nas niesamowite huki, bombardowanie Lwowa. Okazuje się, tam gdzie myśmy poprzednio stali przy ulicy Grodeckiej, to przedmieście całe nazywało się Skniłów, i to w pobliżu stacji, dworca. Wtedy tak straszliwie strzepali dworzec kolejowy.

Dawna fabryka J. A. Baczewskiego, Lwów, ok. 1860-1870
Dawna fabryka J. A. Baczewskiego, Lwów, ok. 1860-1870

Ba, i jeszcze ta ulica i ten cały rejon słynął z samych wytwórni likierów Baczewskiego12)Najsłynniejsza w Polsce międzywojennej Fabryka Wódek i Likierów J.A.Baczewski, założona w 1782 r., znacjonalizowana po zajęciu Lwowa przez Sowietów (źródło)., sławnych przed wojną, no i w ogóle ze spirytusu. Niemcy tak wszystko wiedzieli, że nawet w tych miejscach to tylko szły bomby zapalające i samo to wszystko eksplodowało. Coś niesamowitego się działo. Wiedzieliśmy dość dokładnie o tym, bo dwóch synów tej pani – jak żesz ona się nazywała? – pracowało tam u Baczewskiego. Oni opowiadali, że istne piekło się rozpętało. Nie było dobrze ani czym gasić, ani … Wrócili późno wieczorem i opowiadali, co się tam działo we Lwowie.

A myśmy na drugi dzień ze Lwowa jechali dalej, przez Tarnopol, Trembowlę i dojechaliśmy do miejscowości – coś trzynaście kilometrów za Trembowlą – niedaleko dawnej granicy rosyjskiej i naszej – do Janowa. Ale o takiej nazwie były coś trzy Janowy. U nas był Janów Podlaski, Janów bodaj koło Gródka Jagiellońskiego, ale to inny. Myśmy byli w Janowie, który był blisko granicy, blisko Zbrucza, za Trembowlą, blisko granicy z Rosją13)Janów – miasteczko (obecnie wieś Dołyna) w ówczesnym województwie tarnopolskim, powiat Trembowla, położone nad rzeką Seret w odległości ok. 15 km na południe od Trembowli i ok. 40 km na zachód od ówczesnej granicy polsko-sowieckiej. Obecnie na terenie Ukrainy w obwodzie tarnopolskim.. Oczywiście okazało się, myśmy dostali kwaterę, pokój u Ukrainki. Ona kaleczyła język, nie bardzo po polsku mówiła. Miała takiego fest gościa, który jej pomagał, też Ukraińca, tak aż nieprzyjemnie było tam mieszkać. Poza tym w tej wsi było część Polaków, byli Ukraińcy i było dużo Żydów.

Janów k. Trembowli, 1907. Źródło: www.ruinyizamki.pl
Janów k. Trembowli, 1907. Źródło: www.ruinyizamki.pl

Stanęłam wobec takiego faktu, że mi zaczęło być zimno. Wrzesień, a ja wyjechałam, to się w głowie nie mieści, [bez ciepłych rzeczy] mając wszystko wkoło siebie. Jak wtedy Tadziu nas pospieszył, że ta Rodzina Wojskowa ma odjeżdżać, to wzięłam chałat szkolny i na letnią sukienkę ubrałam – szkolny chałat! To już szczyt było wszystkiego. I wtedy zaczęło mi być zimno. Pamiętam, że mama z Janką poszły ze mną na rynek i kupowały mi sweter u Żyda. Sweter taki niebieski, i kupiły też buty, bo przecież w sandałkach uciekałam. Jeden tylko plus, że nas obowiązywała moda gimnazjalna i wszystkie musiałyśmy chodzić w takich – po prostu – filcowych płaszczach. Miałam granatowy taki stosunkowo dość gruby płaszcz jako jesionkę, i szczęście, że ten płaszcz wzięłam. [Po ubraniu go] na sweter było mi o wiele cieplej. Bo przecież bez swetra uciekłam, szkoda gadać.

Janów k. Trembowli, 1926. Źródło: www.ruinyizamki.pl
Janów k. Trembowli, 1926. Źródło: www.ruinyizamki.pl

Pamiętam, że w dniu wkroczenia Rusków, jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z niczego. W Janowie niedaleko nas był kościół, do którego chodziło się tak wysoko bardzo, trzeba było dojść po wielu schodach. Pamiętam, że poszłam, zrobiłam się o tyle samodzielna w czasie tej uciekinierki, że nie patrzyłam na nic, tylko poszłam do kościoła na mszę. I tutaj rozpacz, ksiądz zapowiedział, żeby się uspokoić, żeby odejść z głównego traktu gdzieś na pobocze, bo dziś wkroczy armia radziecka do Janowa14)Można przyjąć, że działo się to niemal na pewno w niedzielę 17 września, na co wskazuje również bliskość granicy polsko-sowieckiej, przekroczonej w tym dniu przez Armię Czerwoną.. Jakiem to usłyszała, no to miałam dość. Poszłam im powiedzieć, więc wiadomo – Janka to, co najważniejsze miała w walizkach i dziecko zabrała, mama też coś tam niosła i usunęliśmy się do znajomych z Wadowic, którzy tam mieszkali. Mieli przydziały inne, tam gdzie mogli, w rynku [było im] przyjemniej …

Ruski wkroczyły i od tego czasu zaczęła się dyktatura Żydów w Janowie. Podobno zaczęła rządzić komunistka Żydówka, która została jakimś sekretarzem. Mówili, że pierwsze co zapowiedziała w pierwszych dniach, to że nie wolno nikomu opuszczać Janowa bez przepustki i bez pozwolenia. Ustanowiona została milicja, która nocami chodziła i patrzyła, co się dzieje koło domów. Do tego stopnia, że Wiesiek płakał Jance, a więc zaświeciła jakąś świeczkę, to milicja – dwóch milicjantów z opaskami czerwonymi  – w nocy weszła: „Co się tu dzieje?”. Ona mówi: „Dziecko mi płacze”, no to wynieśli się.

Ale cośmy jeszcze przeszły… Tam przychodziło do nas kilku Polaków, którzy stale mówili, że to jest niebezpiecznie, żebyśmy tu siedzieli, bo tylko moment może dojść i gotowi nas wywieźć do Rosji. Więc tyle zrobili, że gdy ta pani, ta Żydówka, wyjechała na jakąś konferencję, jakimś cudem dostali się do tych przepustek i dostaliśmy oryginalną niby przepustkę, pozwalającą wyjechać z Janowa. Oczywiście zaraz jakąś tam furmankę się zorganizowało. Na tej furmance wyjechaliśmy do Chodorowa, a tam wsiedliśmy na pociąg, który już chodził i zajechaliśmy z powrotem do Lwowa.

Dworzec we Lwowie w latach 20. XX wieku. Źródło: fotopolska.eu
Dworzec we Lwowie w latach 20. XX wieku. Źródło: fotopolska.eu

We Lwowie tragiczna sytuacja, stacja kompletnie zniszczona, tylko wisiały [kawałki] z tych różnych części żelaznych, tkwiły nad głowami. Taki piękny dworzec uległ kompletnej zagładzie. Najgorzej, że nie było na tym dworcu bardzo miejsca, gdzie by nie kapało, bo wszędzie dach poharatany i ciekło z niego na głowy. A trzeba wiedzieć, że to był październik. Pierwszego października znaleźliśmy się we Lwowie i padał śnieg. Po tych straszliwych upałach przez czerwiec, lipiec i sierpień. No i bezradnie tam szukaliśmy miejsca, gdzie by z góry nie kapało. Niebezpiecznie było leżeć i siedzieć, bo się człowiekowi stale zdawało, że ci leci coś na głowę, jakieś żelastwo.

Zjawił się gość, nawet mieszkający przed wojną przy naszej ulicy Barskiej, znał Jankę i mówi, żebyśmy jechali z nim, że w bursie akademickiej, tam jeszcze siedzą Polacy z Wadowic, z Rodziny Wojskowej, no i koniec końcem, że tam się na pewno zmieścimy. I nas zabrał, zawiózł tramwajem na tę ulicę Akademicką, gdzie było właśnie niby wolne miejsce w jednym pokoju. To była taka aula, w każdym razie sala wykładowa uniwersytecka, więc duże pomieszczenie. Były jeszcze wolne dwie katedry, to na tych katedrach dali nam miejsce ci obcy w końcu ludzie, którzy tam już mieszkali w tym pokoju. Sytuacja była dość dziwna. Janka uciekając to przecież zabrała futra, zabrała puchowe kołdry – szczyt wszystkiego. Oczywiście mama pomagała jej, czy… ja tam, ze mnie nie było nic, no… ja się niczym tam nie przyczyniałam… ale one, na siłę, mama o sobie nie myślała, tylko żeby Janci ratować co się dało, ale teraz te kołdry puchowe się przydały. Rozłożyłyśmy je – te cudowne kołdry puchowe na katedry i na tych kołdrach żeśmy nocowali.

Tak zaczęła się cała gehenna we Lwowie. Bo tak – schodziło się w południe, bo tam jakieś te panie usługujące Polakom przynosiły cały gar jakiejś zupy, ale niby coś było, no tośmy te zupę dostawali. Żeby jeść, to trzeba było iść do kolejki po chleb, a kolejki były takie, które sięgały dwóch ulic. Szło się – zwykle z mamą szłam, a Janka siedziała przy dziecku – to były kolejki, od godziny gdzieś chyba koło pierwszej w nocy się szło i stawało i czekało do godziny, nie wiem, czy to była piąta czy szósta, kiedy zaczęli wydawać po takim małym chlebusiu. No tak, tośmy zyskiwały dwa te chlebusie dziś, ale nie było co innego, to się ten chleb jadło. Dziś szłyśmy z mamą do tych kolejek po chleb, przypuśćmy jutro jeszcze szłyśmy po chleb, a pojutrze szłyśmy po cukier, po 25 deko dawali odmierzonego już cukru. To nam się przydawało zawsze, to było razem pół kilo, to czasem posłodzić wodę i… To były okropne warunki, to żeby w ogóle tak coś, jakoś, o jakiejś wędlinie czy o czymś, to w ogóle… o mięsie nie było co marzyć, boś niczego nie kupił, najwyżej chleby dostałeś. To było dla tych Polaków –  uciekinierów z całej Polski, a we Lwowie było ich bardzo wielu.

Ktoś dał znać – zimno zaczęło być coraz bardziej odczuwalne – ktoś dał znać, że ma być otwarta granica na Sanie w tych dniach. Więc żeśmy pojechali do Przemyśla, mama i cała grupa tych wszystkich żon. I znowu w Przemyślu zimno, tłumy ludzi, granica zamknięta, z jednej strony Ruski, z drugiej Niemcy. My chcemy z dwojga złego do tych Szwabów wrócić, do domu, nie wiemy czy kto żyje z naszych czy nie.

Sowiecki posterunek graniczny na moście kolejowym w Przemyślu ok. 1940 r. Źródło: fotopolska.eu
Sowiecki posterunek graniczny na moście kolejowym w Przemyślu ok. 1940 r. Źródło: fotopolska.eu

Korzystaliśmy z jakiejś pomocy kogoś z Wadowic, który też tam w jakiejś szkole czy jakiejś klasie mieszkał. Nas upchnął ze względu na dziecko. Przed dworcem, przed mostem był taki olbrzymi plac, tam bodaj był jakiś hotel, czy coś, w Przemyślu, a luda było dosłownie strasznie dużo. Myśmy tam czekali kilka dni, bo nie puszczali Niemcy i nie było możności w ogóle się dostać. A po kilku dniach – a trzeba wiedzieć, żeśmy przyjechali pierwszego listopada do Przemyśla – po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że puszczają15)Granica na Sanie w Przemyślu została zamknięta po nieudanym zamachu na Hitlera, który nastąpił 8 listopada w Monachium. Ponownie otwarto ją w styczniu 1940 r. przy czym dla przekroczenia rzeki należało już mieć przepustkę, wystawioną przez delegaturę niemiecką, usytuowaną na wschodnim brzegu Sanu.. Wtedy już nie patrzyliśmy, z tymi tobołkami i z dzieckiem żeśmy razem szli. Rzeczywiście puszczają, ale z jednej, naszej strony cała kupa Rusków stała. Pamiętam, jak [mówili do nas]: „Po co wy tam jedziecie, my i tak z nich zrobimy gulasz” – to było powiedzenie Rusków. A poza tym:  „Dajcie pieniądze, bo wam na nic się tam nie przydadzą, a nam się przydadzą.” Tośmy im te pieniądze dawali. Weszliśmy… Przeszliśmy most, taki długi, na Sanie16)Był to most kolejowy, most drogowy został w czasie walk wysadzony w powietrze przez polskie wojsko., doszliśmy do takiego placu gdzie stały pociągi. Załadowali nas do pociągu zwierzęcego, bydlęcego, zamknęli ten pociąg no i oczywiście po jakimś czasie pociąg ruszył. I nas wieźli, bardzo powoli, pamiętam, że oficjalny przystanek był w Krakowie, ale nie wolno było wychodzić.

No i nas potem zawieźli do Spytkowic. I tam strasznie się bałam. Bo tak się stało, że nas wysadzili w Spytkowicach na stacji. Gdzie to było, czy to była sama stacja, czy tuż za stacją ? Był budynek, a w nim dwa pomieszczenia. W [tym] drugim spali na podłodze uzbrojeni Niemcy, mający karabiny koło siebie, a w pierwszym był taki olbrzymi stół, pewnie oni jadali przy tym stole i obok ławki i myśmy znaleźli się tam, na tych ławkach kazali siadać. Ale strasznie człowiek był przerażony, bo tak drzwi były otwarte do tego drugiego pomieszczenia, gdzie Niemcy leżeli. I te karabiny stojące koło nich… Pamiętam, że Janka siedziała na tych ławkach, mama i ja, no i było nas kilkanaście osób, wszyscy którzy chcieli się dostać do Wadowic. Potem rano zajechało auto ciężarowe, kazali nam siąść do tego auta i pamiętam, że nas wysadzili na rynku w Wadowicach. Wtedy jeszcze człowiek nie wiedział o obozach, o niczym, bo sobie nie wyobrażam, żeby wiedząc o tym, co się dziś wie, żeby się mogło przez noc siedzieć koło tych wrogów. Okropne rzeczy.

A tymczasem w Wadowicach wtedy – więc to był któryś listopad – nie było tak tragicznie, bo okazało się, że Mietek ze Stefkiem dojechali tylko do Sanu, do Przemyśla. Tadziu dojechał dalej, bo jechał sam, miał przeprawę z jakimiś Ukraińcami17)Nie wiadomo o co chodziło. Maria tego nie sprecyzowała.. On dojechał do drugiego Janowa, tego na północ od Lwowa18)Prawdopodobnie dzisiejsze Iwano-Frankowe w pobliżu Jaworowa (obwód lwowski)., no i tam miał przeprawę z Ukraińcami. No a moi dojechali tylko do Sanu, do Przemyśla, i zobaczyli, że Ruski mają wkraczać, tak niewiele myśląc, poszli na stronę ewentualnie niemiecką. To znaczy, źle mówię, bo przecież Ruski już byli, a tylko że się mają wycofać z połowy, a Niemcy mają wkroczyć, i oni – żeby się dostać do Wadowic i w ogóle – przeszli na tą stronę w przyszłości niemiecką. I Ruski się wycofały19)Tu jest nieścisłość – w rzeczywistości było odwrotnie. Cały Przemyśl został zajęty przez wojska niemieckie 15 września. W dniach 23 – 28 września na mocy porozumienia pomiędzy agresorami Niemcy wycofali się na lewy (zachodni) brzeg Sanu, przekazując prawobrzeżną część Przemyśla Armii Czerwonej, która niezwłocznie weszła do miasta., Niemcy połowę zajęli, granica już oficjalna była na Sanie. Oczywiście, w tym czasie myśmy siedzieli przecież we Lwowie.

Transkrypcja na podstawie nagranych wspomnień Marii Ćwikłowej, zarejestrowanych dn. 26.07.2006 r. w Krakowie. Numer nagrania: 14.

Przypisy   [ + ]

1. Wiesław Mróz urodził się 8 lipca 1939 r.
2. Profesor Jan Miodoński kierował Kliniką Otolaryngologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w latach 1934-63, z przerwą okupacyjną, w czasie której był więziony w obozie Sachsenhausen, gdzie zesłano go w ramach akcji „Sonderaktion Krakau”.
3. Kazimierz Jan Kotlarczyk (1908 – 1939), kuzyn 2 st. Marii z kęckiej linii Kotlarczyków. Zaraził się od pacjenta (wg przekazu – szkarlatyną) tuż po wybuchu II wojny światowej.
4.  Stefan Kotlarczyk ur. w 1874 r., zmarł w 1931 r., Maria miała wtedy 6 lat.
5. Chodzi o stacjonujący w Wadowicach 12 Pułk Piechoty Ziemi Wadowickiej. Jan Mróz służył w nim w randze kapitana. W czasie kampanii wrześniowej dostał się do niewoli niemieckiej.
6. Z dalszej relacji wynika, że drugiego września.
7. Koszary 12pp mieściły się przy ulicy 3 Maja (ob. Lwowska 40) w Wadowicach.
8. Do zweryfikowania: w materiałach źródłowych podawane są dwie daty: 3 lub 4 września rano.
9. Sędziszów Małopolski pomiędzy Dębicą i Rzeszowem.
10. Być może, w Jarosławiu znajdowały się Zakłady Cukrownicze.
11. Winniki – miasteczko położone na południowy wschód od Lwowa, w odległości ok. 10 km od jego centrum.
12. Najsłynniejsza w Polsce międzywojennej Fabryka Wódek i Likierów J.A.Baczewski, założona w 1782 r., znacjonalizowana po zajęciu Lwowa przez Sowietów (źródło).
13. Janów – miasteczko (obecnie wieś Dołyna) w ówczesnym województwie tarnopolskim, powiat Trembowla, położone nad rzeką Seret w odległości ok. 15 km na południe od Trembowli i ok. 40 km na zachód od ówczesnej granicy polsko-sowieckiej. Obecnie na terenie Ukrainy w obwodzie tarnopolskim.
14. Można przyjąć, że działo się to niemal na pewno w niedzielę 17 września, na co wskazuje również bliskość granicy polsko-sowieckiej, przekroczonej w tym dniu przez Armię Czerwoną.
15. Granica na Sanie w Przemyślu została zamknięta po nieudanym zamachu na Hitlera, który nastąpił 8 listopada w Monachium. Ponownie otwarto ją w styczniu 1940 r. przy czym dla przekroczenia rzeki należało już mieć przepustkę, wystawioną przez delegaturę niemiecką, usytuowaną na wschodnim brzegu Sanu.
16. Był to most kolejowy, most drogowy został w czasie walk wysadzony w powietrze przez polskie wojsko.
17. Nie wiadomo o co chodziło. Maria tego nie sprecyzowała.
18. Prawdopodobnie dzisiejsze Iwano-Frankowe w pobliżu Jaworowa (obwód lwowski).
19. Tu jest nieścisłość – w rzeczywistości było odwrotnie. Cały Przemyśl został zajęty przez wojska niemieckie 15 września. W dniach 23 – 28 września na mocy porozumienia pomiędzy agresorami Niemcy wycofali się na lewy (zachodni) brzeg Sanu, przekazując prawobrzeżną część Przemyśla Armii Czerwonej, która niezwłocznie weszła do miasta.

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

This website uses cookies to improve your experience. We'll assume you're ok with this, but you can opt-out if you wish. Accept Read More