1942-1945: Krościenko

Maria Kotlarczyk i Janina Kotlarczyk (Mróz), Krościenko ok. 1944 r.

– Od czego to w ogóle wyszło, że znalazłaś się w Krościenku?

– Chyba od tego, że od grudnia 1941 roku przebywałam z bratem i bratową w mieszkaniu Karola Wojtyły, który to mieszkanie wynajął, znaczy pokój odstąpił, Mietkowi i Zosi. Znalazłam się tam po przejściu przez „zieloną granicę” w grudniu w 1941 roku. Byłam zmuszona ratować się przed wyjazdem do Niemiec na roboty. Ale od września 1942 roku wyszło rozporządzenie w Guberni, że wszyscy muszą mieć kenkarty1)Kenkarta – niem. Kennkarte – obowiązkowy dowód tożsamości dla osób narodowości nie-niemieckiej powyżej 15-go roku życia, mieszkających na terenie GG. Kenkarty wprowadzono zarządzeniem Hansa Franka z dnia 13 czerwca 1941 r., proces wydawania dokumentów trwał do 1943 r. – dowody tożsamości. Ja go nie miałam, bo uciekłam z Rzeszy. Mój fingierabdruck przecież nie mógł starczyć za żaden dowód.

– A co to było, ten fingiercośtam?

– To był dokument z Rzeszy. Nazywał się Fingierabdruck, bo na każdym był odcisk palca, musiał być, i to był taki dowód, którym się w Rzeszy posługiwano2)Fingierabdruck (oficjalna nazwa: Personalausweis) dowód tożsamości wprowadzony w listopadzie 1939 r. na terenach Polski przyłączonych do Rzeszy.. Ale ja po przejściu przez „zieloną granicę” nie mogłam w Guberni posługiwać się takim czymś, bo by mnie przecież od razu zaaresztowali Niemcy. A tu wyszło rozporządzenie, że od 1 września 1942 roku, na terenie Krakowa obowiązują kenkarty – dowody tożsamości. I teraz sytuacja była taka, że mi kenkarty nikt nie może dać. Panie, które były właścicielkami całego domu – ciotki Lolka – zwróciły się do niego, żeby on wpłynął jakoś na Mietka, żeby coś ze mną postanowić, bo one boją się, no po prostu żeby zamieszkiwała na terenie ich domu osoba niemeldowana. Więc słyszałam, że Lolek przyszedł do Mietka i mówi, że – tak się wyraził – „Dla mnie Marysia może mieszkać, ale one, właścicielki, starsze osoby drżą, że osoba niemeldowana tu przebywa”. I o tym była już mowa na wiosnę, kiedy Stefan przyjechał na trzy dni na Święta Wielkanocne z Krościenka do Krakowa. To wtedy była mowa, poza moimi plecami, co się będzie ze mną robić. Już były [w mieście] pogłoski o tym obowiązkowym meldowaniu, to znaczy o tych kenkartach.

I wtedy Stefan dał znać, że on się będzie starał o wyrobienie mi dowodu osobistego w Krościenku po rozmowie z tamtejszym sołtysem panem Bielą – tak się nazywał sołtys w Krościenku. Sołtys obiecał – jak się dowiedział, że ja przez wodę przechodziłam przez „zieloną granicę”, to postanowił mi pomóc – ale z drugiej strony żądał, żebym koniecznie przyjechała na jakiś czas do Krościenka i zamieszkała, żeby ludzie tamtejsi widzieli mnie, że ja tam jestem, mieszkam z bratem. I to wpłynęło na mój wyjazd do Krościenka.

Ale jak to z Mieciem: postanowiliśmy – to był koniec sierpnia – jechać, to znaczy on mnie odprowadzał rano na pociąg, ale ktoś z nas nawalił – trudno powiedzieć kto, [w każdym razie] spóźniliśmy się i pociąg nam uciekł. Więc Mietek jakoś z biletami załatwił na popołudnie i nie zdając sobie sprawy, jaka jest trasa, jaka jest w ogóle odległość ze stacji w Nowym Targu do miasta uznał, że najlepiej, jak pojadę po południu. To był, tak jak mówię, koniec sierpnia 1942 roku. Zaprowadził mnie na stację, do pociągu wsiadłam bez żadnego dowodu, wiadomo, i jechałam do Nowego Targu, nie zdając sobie sprawy, że przyjadę wieczorem3)Z ówczesnego rozkładu jazdy (Amtlicher Taschenfahrplan für das Generalgouvernement) wynika, że był to pociąg osobowy, odjeżdżający z Krakowa o godz. 16.25, planowy przyjazd do Nowego Targu godz. 20.53.. Nigdy [przedtem] w Nowym Targu nie byłam, znałam tylko adres – pani Zosia Pilchowska, Wikarówka4)Prawdopodobnie chodzi o Wikarówkę obok budowanego od 1930 r. Kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w rejonie obecnej Alei Tysiąclecia, oddanego do użytku dopiero w 1951 r. Budynek Wikarówki ukończono ok. 1939 r. w Nowym Targu. To była siostra księdza, z którym Stefan uczył przez całe lata w Zakopanem.

I jechałam, przyjechałam na dworzec do Nowym Targu i tu mi powiedzieli, jak strasznie daleko jest do rynku5)Odległość od stacji kolejowej do rynku w Nowym Targu wynosi około 2 km.. Jakaś przyplątała się babuleńka, która też chciała iść do rynku. „A panienko, pójdziemy razem.” „Proszę bardzo, idziemy.” I szłyśmy i szłyśmy, a tu aż mi się coś robi niedobrego, bo przecież godzina policyjna się zbliża6)Godzina policyjna obowiązywała prawdopodobnie dopiero od 22.00 (?). Być może pociąg z Krakowa przyjechał do Nowego Targu opóźniony., a ja nie mam dowodu, nie mam w ogóle gdzie iść. Pytam się – kogoś przeprosiłam – gdzie tu jest Wikarówka w Nowym Targu. „O, jak to daleko! Szkoda, przed godziną policyjną nie zajdziecie.” A to była nieprawda, bo od rynku do Wikarówki wcale nie było daleko. No i co tu robić? „Chodźmy” – mówię – „do księdza”, bo koło kościoła byłyśmy. Gospodyni [na plebanii] nie tylko nas nie przyjęła, ale nas niegrzecznie wyprosiła, że ona obcych nie potrzebuje.

Janina Kotlarczyk (Mróz) i Maria Kotlarczyk, Krościenko ok. 1944 r.
Janina Kotlarczyk (Mróz) i Maria Kotlarczyk, Krościenko ok. 1944 r.

Tak się pętamy, wyszłyśmy na rynek, babcia też w strachu, co my będziemy robić, a ja w jeszcze większym, bo bez dowodu. I tak idziemy wzdłuż tego rynku i w pewnym momencie postanowiłam coś w ogóle działać, bo chodzenie takie jakieś bez celu nic nie daje, a godzina policyjna tuż-tuż. I wtedy przeżegnałam się, przechodził jakiś młody gość, ja go przeprosiłam i [mówię] bez ogródek: „Jestem, proszę pana, bez dowodu, niech mi pan pomoże, bo godzina policyjna już bliska.” I on mnie chwycił za rękę i prowadzi mnie do takiej wysokiej kamienicy, bardzo porządnie wyglądającej, a za mną oczywiście babcia idzie. I tu mnie strasznie strach wziął – a jeżeli to jest ktoś na usługach Gestapo, no to nic prostszego, a jak to jest gmach jakiejś policji…

Weszliśmy do środka, kazał mi zaczekać a sam wszedł dalej, znaczy do jakiejś sali. Za chwileczkę ukazała się bardzo przyjemna, uśmiechnięta starsza pani, która nas do środka – mnie i babcię – wzięła. No i ta pani, jak się okazało, była chyba właścicielką ówczesnego hotelu w Nowym Targu. Umieściła nas w pokoju, na jednej otomanie babcię, na drugiej mnie, zupełnie bezinteresownie. Jeszcze posłała nam herbatę, żebyśmy spały.

Rano podziękowałyśmy, babcia odeszła, bo gdzieś tam miała adres, [który] znała, a ja doszłam na Wikarówkę. Na Wikarówce okazało się, że pani Zosia była podenerwowana. Tak samo podenerwowany Stefek odjechał już do Krościenka, bo musiał jechać. Obawiali się, rozmawiali ze sobą, że mnie bez dowodu mogli w pociągu Niemcy wziąć. Zosia jeszcze mnie do autobusu wciągnęła, zajechała – ponieważ to był dzień targowy – autobusem z rynku, gdzieśmy wsiadały, na stację i czekała, aż autobus ze stacji ruszy na Krościenko. I ja zostałam sama, modląc się, żebym tylko szczęśliwie do Krościenka zajechała. W Krościenku już Stefan czekał, dość że nie było przez drogę żadnej kontroli. Wysiadłam na rynku wprost w objęcia Stefka, który aż się nawet spłakał, że żyję i że przyjechałam cała.

U Stefka mieszkałam najpierw z nim. Potem oczywiście Stefek mnie nie chciał puścić, [mówił] że wyrobi mi kenkartę, ale muszę tam pomieszkać. A mnie się zdaje – bo ja zawsze żyłam bardzo dobrze ze Stefkiem – że z kolei jemu się przykrzyło samemu, bo tak nawet mi raz powiedział: „Przecież tam są wszyscy, a ja jestem sam, to tu siedź jeszcze.” Mieszkaliśmy razem w takim pokoiku u pani Kacprowej, żony Kacpra, w pokoiku letnim. Potem sytuacja się zmieniła, bo za pół roku przyjechała [do Krościenka] mama z Janką i małym Wieśkiem. Stefek napisał takie zaproszenie i wtedy pozwolili im Niemcy wyjechać z Rzeszy. Oczywiście mogli wywieźć ileś tam kilogramów tylko, czyli wszystkie meble [zostały w Wadowicach]. Janka miała w 1939 r. na wiosnę całe umeblowane sprowadzane, robione w Kętach – wszystko zostało. Mogła tylko ileś kilogramów ze sobą wziąć, i [tylko] mama [z nią] była, to co tam mogły [razem] zabrać. Dziecko potrzebowało rzeczy koło siebie, więc to brały. Tak, że nie było różowo z tym.

Maria Kotlarczyk, Maria Malota (Kotlarczyk), Janina Kotlarczyk (Mróz), Wiesław Mróz, Krościenko ok 1944 r.
Maria Kotlarczyk, Maria Malota (Kotlarczyk), Janina Kotlarczyk (Mróz), Wiesław Mróz, Krościenko ok 1944 r.

[Wtedy, gdy przyjechali] trzeba było koniecznie z tego pokoiku odejść. Więc obok dali nam pokój, to znaczy wynajęli mieszkanie, pokój ogrzewany, bo ze względu na dziecko musiał być, i tam przez zimę do wiosny żeśmy byli. Na wiosnę odwiedził nas Mietek, bo chciał się z mamą zobaczyć i z Janką i potem myśmy znowu w tym drugim  mieszkali, bo to w tym pokoju było bardzo ciasno. A ja chodziłam do następnego domu na wprost, i tam starałam się coś ugotować. Potem jak mama przyszła, to wiadomo, mama chodziła, ale to było kłopotliwe, do kogoś chodzić żeby gotować tam. A tak się stało, że tam u pani Kacprowej, gdzieśmy letni pokój ze Stefanem wynajmowali, opróżniło się mieszkanie na dole – pokój z kuchnią, ogrzewany. No i oczywiście mogliśmy skorzystać wszyscy z tego mieszkania, bo to już było ogrzewane, większe i tam żeśmy z powrotem się przenieśli i doczekali końca wojny w tym mieszkaniu.

Przeżyliśmy bardzo przykre momenty tam. To była dzielnica, nazywała się Stara Rzeka7)Nazwa pochodzi od miejscowego określenia potoku Krośnica, który w tym rejonie wpada do Dunajca.. Na wprost nas była taka duża górka, nazywała się Kopia Górka8)Obecnie na Kopiej Górce znajduje się katolickie Centrum Ruchu „Światło – Życie”., więc zdarzało się, że widzieliśmy, jak szosą jadą auta z Niemcami. No to jeżeli jechali w stronę Krościenka, to myśmy na te Kopią Górkę szli, jak gdyby na spacer kawałek, żeby poczuć się bezpiecznie.

Jeszcze co powiem – przeżyliśmy tam bardzo nieprzyjemny moment w zimie, przed 1945 rokiem. Niżej nas trzy domy mieszkał gość, nazywał się Cepuch, który handlował wódką. Nie wiem, czy tam Niemcy często korzystali u niego, [w każdym razie] pewnego dnia przyszli i żądali, żeby sprzedał im wódki. On twierdził, że nie ma. A to było wnet przed końcem wojny, gdzieś z początkiem grudnia 1944 roku, więc tuż przed zakończeniem. Niemcy co zrobili – po paru godzinach [mu dom] podpalili, a to wszystko były domy drewniane na tej Starej Rzece i to jeden obok drugiego. Podpalili – przez okno wrzucili coś, zaczęło się palić. Obok mieszkał szewc, nazywał się Słomczewski. Ten szewc zauważył, że się pali u sąsiada, a oni śpią, więc tyle zrobił, że poszedł ich budzić, uratował im życie, bo co innego, wszystko spaliło się, ale kosztem własnego domu, bo cały dom jego w międzyczasie zajął się i spłonął.

To był taki moment [tragiczny], a teraz troszkę humorystyczny. Za domem, gdzieśmy mieszkali, było podwórze, przed tą Kopią Górką. I tam na końcu podwórza był warsztat szewski pana Kacpra, właściciela. Pamiętam, już Niemcy cofają się, a rosyjskie samoloty nadlatywały i puszczały bomby. My tacy wszyscy przerażeni, nie wiemy, co robić, czy z tego domu wyjść, czy w domu siedzieć, bo a nuż bomba strzeli. Ja pamiętam, że się cała trzęsąca tą ścieżyną – to styczeń 1945 – lecę do tego Kacpra, tego gospodarza, który tam buty naprawiał czy robił. A pan Kacper, który naprawdę był chodzącym flegmatykiem, patrzy się na mnie, oczywiście bije tym młotkiem w tego buta i mówi do mnie: „Panieneczko, niechże panienka te drzwi zamknie, bo mi zimna najdzie”. I dalej oczywiście klepie. Ja w tym momencie otrząsnęłam się i siadłam na tym jego jednym zydlu, bo miał tam coś dwa w tym warsztacie poza swoim, na którym klepał, i wtedy cała trzęsąca się zaczęłam się śmiać, bo jak tu było nie śmiać się. A pan Kacper dalej bił w tego buta. Tu bomby lecą, huk i wszystko, ludzie przerażeni, a on klepie buta. „Niech mi panienka zamknie drzwi, bo mi zimna najdzie”. Boże Święty, jak dziś pamiętam. Humorystyczne. I takich różnych też miałam [trochę] momentów humoru…

Transkrypcja na podstawie nagranych wspomnień Marii Ćwikłowej, zarejestrowanych dn. 26.07.2006 r. w Krakowie. Numer nagrania: 11 i 12.

Przypisy   [ + ]

1. Kenkarta – niem. Kennkarte – obowiązkowy dowód tożsamości dla osób narodowości nie-niemieckiej powyżej 15-go roku życia, mieszkających na terenie GG. Kenkarty wprowadzono zarządzeniem Hansa Franka z dnia 13 czerwca 1941 r., proces wydawania dokumentów trwał do 1943 r.
2. Fingierabdruck (oficjalna nazwa: Personalausweis) dowód tożsamości wprowadzony w listopadzie 1939 r. na terenach Polski przyłączonych do Rzeszy.
3. Z ówczesnego rozkładu jazdy (Amtlicher Taschenfahrplan für das Generalgouvernement) wynika, że był to pociąg osobowy, odjeżdżający z Krakowa o godz. 16.25, planowy przyjazd do Nowego Targu godz. 20.53.
4. Prawdopodobnie chodzi o Wikarówkę obok budowanego od 1930 r. Kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w rejonie obecnej Alei Tysiąclecia, oddanego do użytku dopiero w 1951 r. Budynek Wikarówki ukończono ok. 1939 r.
5. Odległość od stacji kolejowej do rynku w Nowym Targu wynosi około 2 km.
6. Godzina policyjna obowiązywała prawdopodobnie dopiero od 22.00 (?). Być może pociąg z Krakowa przyjechał do Nowego Targu opóźniony.
7. Nazwa pochodzi od miejscowego określenia potoku Krośnica, który w tym rejonie wpada do Dunajca.
8. Obecnie na Kopiej Górce znajduje się katolickie Centrum Ruchu „Światło – Życie”.

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

This website uses cookies to improve your experience. We'll assume you're ok with this, but you can opt-out if you wish. Accept Read More