1940: Losy Tadzia i Antka

– W Wadowicach panował nieprzyjemny nastrój. Ludzie chodzili trochę oszołomieni jeszcze po wkroczeniu Niemców, bo przecież to było dwa miesiące potem.

Popłoch Żydów, bo [Niemcy] zaczęli robić rewizje w żydowskich domach. Przy naszej ulicy Barskiej połowa należała do Żydów. Potem jeszcze z synagogą zrobili Niemcy, wysadzili, a szkoda bo to był bardzo ładny budynek.

– A jak wróciliście, to już nie było synagogi, czy dopiero potem?

– Nie, była. Za naszych czasów, już po powrocie, myśmy byli świadkami, jak [ją] rozwalali. I to nie zaraz było. Co tu jeszcze powiedzieć… Pół roku później zaczęły się nieprzyjemne rzeczy. W 1940 roku zaczęli inteligencję wywozić i pierwszą partią wywieźli Tadzia1)Chodzi o brata, Tadeusza Kotlarczyka. – ojca Janusza – i kuzyna Antka2)Chodzi o kuzyna ze strony ojca, Antoniego Kotlarczyka.. Oczywiście, razem było tych nieszczęśników koło dwudziestu. Potem, jak to ludzie, zaczęli się między sobą czepiać, bo za jakiś czas pana Waligórskiego zwolnili Niemcy.

– Kto to był pan Waligórski?

– Miał trafikę, razem z bratem czy z krewniakiem prowadził [ją] w rynku. Ludzie zaczęli podejrzewać, że albo Niemcy sami dali się uprosić rodzinie i zwolnili go, albo on jest w ogóle u nich mile widziany i tylko tak go wzięli. To jego zwolnili. Zwolnili jeszcze drugiego, Raucha. Rauch był wtedy chyba już lekarzem, albo jeszcze lekarzem nie był? Ej, chyba już był … w każdym razie, zwolnili. Ludzie od razu mówili, że niemieckie nazwisko i tak dalej, że widać, czy się czymś zasłużył, bo czemu też innych nie zwolnili. A to była cała grupa inteligencji. Był tam prawnik, nazywał się Stopa, [było] też młode małżeństwo, nasi dwaj chłopcy.

Z tym, że Tadziu w tych ostatnich latach, przy wszystkich uroczystościach, w Zaolziu, nie w Zaolziu, wygłaszał na rynku przemówienie, bo jako [do] historyka się do niego zwracali. Wszyscy tu wiedzieli, jakie ma nastawienie i tak dalej. Ale jeśli chodzi o Antka, to Antek udzielał lekcji, był na czwartym roku chyba, albo na trzecim, bo rok skończył romanistyki na uniwerku, i przerzucił się na łacinę i grekę i trzeci rok chyba kończył łaciny. Absolutnie nie udzielał się nigdzie, więc tu znowu było podejrzenie, że zakochał się w pannie Kremerównie, której rodzina cała zrobiła się Volksdeutschami. Matka Reichsdeutsch, ojciec nie żył. A ta właśnie babka była, mówiąc nawiasem, przed wojną w naszym harcerstwie drużynową. Ale później wszystko się zmieniło. Antka najpierw zwerbowali do … tam do siebie, żeby przyszedł i mieszkał u nich w pokoju, bo mieli kilka pokoi, na Zatorskiej albo Krakowskiej ulicy, chyba na Zatorskiej. W dole mieli tam dom własny. Antek poszedł, zakochany w Mitzi, ale widział, co się dzieje – siostra jej brała ślub pierwszego listopada, wyszła za mąż za jakiegoś szwabskiego dygnitarza w Wadowicach. Wszyscy ludzie pokątnie twierdzili, że długo to małżeństwo nie będzie trwało, bo już to była złośliwość, żeby pierwszego listopada robić ślub i wesele. No i proszę ciebie, do tygodnia zdrowa babka skończyła się, zmarła tydzień po ślubie. To była jedna z sióstr tej miłości Antka.

– To było 1939 czy 1940?

– Zaczęło się w 1939, a w 1940, w 1940 już się znalazł w obozie,  tym z Tadziem. Tak, że on zorientował się dość wczas, co się dzieje i wyprowadził się. Zerwał z tą Mitzi, bo ją nawet z niemieckiego Mitzi nazywali i wyprowadził się tam do takiego domku pod cmentarzem, koło Janusza, coś trzeci dom i tam wynajęła mu pokój pani Zosia Partyczyńska. Zresztą, gdy poszedł do obozu posyłała paczki mu, jak mogła, ratować go chciała. Ale potem tak się stało, że po wojnie Antek nie wrócił do Polski, tylko wziął ślub z obcą kobietą zupełnie, która też z obozu wyszła i wyjechali do Australii na 5 lat i oczywiście został w tej Australii.

A Tadziu zmarł  w ciągu kilku miesięcy, bo od wiosny do listopada trwała jego męka. Najpierw byli w Dachau, a później zostali przeniesieni do Mauthausen, bo wtedy jeszcze dopiero Oświęcim się budowało, więc tu jeszcze w Oświęcimiu nie było nikogo. Tam koło Niemców w Austrii dźwigali olbrzymie głazy, w kamieniołomach pracowali. Tadziowi głaz nogę zharatał, tak że mu na rybrze odejmowali. Niemniej jednak myślał biedak, że wróci bez nogi. A Irena, trzeba przyznać, gdy dowiedziała co się stało, to próbowała różnych  sposobów, żeby zgromadzić jakąś żywność, żeby go ratować, jak przyjedzie kaleka i chory.

A o tym wszystkim uwiadomił lekarz, którego z obozu zwolnili, akurat tam był i Tadzia znał. Przyjechał z Oświęcimia, skąd pochodził, a był jedną partią zabrany z Tadeuszem i powiedział Irenie, że jest na rybirze i wnet… i żeby się spodziewała, że wróci. Cieszyła się, że… żeby już bez nogi, niech tylko wraca. A zamiast jego powrotu przyszedł telegram, że nie żyje i że zmarł na zapalenie płuc. I wtedy zapytanie wystosowali, czy [żona] chce zobaczyć zwłoki męża. I Irena najpierw – w żadnym wypadku! Bała się jechać do Mauthausen, ale…

Żyli bardzo dobrze przed wojną z państwem Petersami. On miał niemieckie nazwisko, jego żona też niemieckie nazwisko, pani Kenner się nazywała z domu, kochające się bezdzietne małżeństwo, bo pobrali się, już byli trochę starsi. On był lekarzem, na przykład naszym gimnazjalnym. Nie tyle praktykę miał, co w gimnazjum czy w szkole powszechnej był lekarzem, więc tam te wszystkie dziecka przeglądał i tak dalej. I co? On został zabrany do obozu razem z Tadziem i Antkiem. Było ich coś koło 20. Żona okropnie rozpaczała. A ponieważ z rodziny niemieckiej pochodziła, a była stuprocentową Polką, więc postanowiła, że… – umiała perfekt po niemiecku – żeby Irena jednak jechała, że ona jej pomoże, i tak dalej, bo się jej rozmowy i wszystko, bo się świetnie nie orientuje. A miała swój taki interes, że pozbierała całą biżuterie, jaką miała i myślała, że jakoś może cudem zobaczy męża w tym obozie, przy tylu tysiącach ludzi.

Bardzo się to wszystko źle skończyło. Ni mniej ni więcej, tylko Irena przyjechała kompletnie wykończona pod względem psychicznym, nie potrafiła powiedzieć, czy to naprawdę był on, bo pokazali jej tylko z odległości paru metrów leżącego człowieka, zupełnie do szyi zasłoniętego płachtą, więc przez szybkę widziała, nie wolno jej było tam wejść i zbliżyć się, tyle że Tadzio miał tu coś dwie korony złote i tych koron nie było, były po prostu wybite przez Niemców, więc to by świadczyło, że to był Tadziu. Ale Irena do końca wojny jeszcze myślała, że on jeszcze wróci, że on jeszcze żyje, że to pomyłka była czy coś.

No a wracając do tej pani Kennerówny – Petersowej, biżuteria wsiąkła, ale ona męża nie zobaczyła, mimo że tak świetnie po niemiecku umiała i tak dalej. A już szczytem było, że gdy przyjechała, do tygodnia przyszła depesza, że pan Peters nie żyje i czy chce zobaczyć zwłoki męża. Odmówiła i od tego czasu już nikogo nie pytali z tej rodziny, czy chce zobaczyć zwłoki męża. Tak, że Irena była ostatnią osobą, która próbowała jechać… która pojechała do Mauthausen. Ale to, co podobno widziała i przeszła, to tak ją nastawiło, że całe tygodnie po powrocie nie mogła przyjść do siebie. Jeszcze nie mogła jej pani Petersowa pocieszyć, bo sama była w stanie zupełnego rozkładu. No i tak, takie przyjemności okupacyjne.

Transkrypcja na podstawie nagranych wspomnień Marii Ćwikłowej, zarejestrowanych dn. 25.11.2007 r. w Krakowie. Numer nagrania: 35. 

Przypisy   [ + ]

1. Chodzi o brata, Tadeusza Kotlarczyka.
2. Chodzi o kuzyna ze strony ojca, Antoniego Kotlarczyka.

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

This website uses cookies to improve your experience. We'll assume you're ok with this, but you can opt-out if you wish. Accept Read More